MAMA KARMIĄCA NA DIECIE BEZ MLEKA I JAJ - MOJA PRZYGODA

października 15, 2020

 

Cześć kochane! Dzisiaj post piszę specjalnie dla mam karmiących, które ze względu na malucha muszą lub musiały przejść na dietę eliminacyjną. Przy pierwszym dziecku nie musiałam tego przechodzić, bo Oliwka nie miała żadnych dolegliwości skórnych ani brzuszkowych jednak przy Stasiu czekał na mnie zupełnie inny scenariusz. Po 1 miesiącu zaczęły się pojawiać dziwne krostki, uczulenia, prężenie, bulgotanie w brzuszku i parę innych objawów. Po konsultacji z naszym pediatrą zdecydowałyśmy, że spróbujemy odstawić nabiał i jaja na 6 tygodni, zobaczymy jak sytuacja się zmieni, a potem spróbujemy z prowokacją. No i się zaczęło...a raczej się nie zaczęło, bo zupełnie nie wiedziałam, od czego zacząć. Załamałam się dosłownie, bo na głowie dom, dwójka dzieci...potrzebuje siły a żeby mieć siłę potrzebuje jedzenia, ale co ja mam jeść, jeśli nie mogę spożywać nic, co zawiera mleko i jajka? Okazuje się, że wszystkie produkty świata zawierają te produkty, nawet w śladowych ilościach. Taaak, kochani nawet w wędlinach jest mleko...mleko jest wszędzie i na kolejne 4 miesiące stało się moim utrapieniem, a na samo słowo mleko robiło mi się słabo. Pierwszy dzień był koszmarny. Szukałam pomocy w internecie, u znajomych i na facebookowych grupach i byłam dosłownie załamana. Po obszernych poszukiwaniach zapaliła się iskierka nadziei, kiedy znalazłam przepis na domowe bułeczki bez dodatku mleka i jaj. Stwierdziłam, że najwyżej będę żyła na samych bułkach i jestem uratowana.

Bułeczki bez mleka i jaj

• 500 g mąki pszennej (ja potem sypałam już na oko)
• czubata łyżeczka soli (musicie sami sprawdzić jaka ilość soli Wam odpowiada)
• duża szczypta cukru
• 250 ml ciepłej wody
• 30 g świeżych drożdży
• 50 ml oleju rzepakowego

W skrócie wszystkie składniki wrzucałam do miski i dokładnie wyrabiałam. Kilka podejść i znalazłam swoje odpowiednie proporcje więc same musicie to wyczuć. Wyrobione ciasto pod przykryciem odstawiałam na 30 min. Kiedy wyrosło, robiłam z niego bułeczki, układałam na blaszczce i znów przykrywałam odstawiając je na kolejne 20 min. Nagrzewałam piekarnik do 200 stopni w trybie góra dół po czym wkładałam do niego bułeczki i czekałam 20-25 min aż się upieką. Warto spróbować, bo wychodzą pyszne!

Bułki opatentowałam, ale fajnie by było mieć do nich jakąś wędlinę i tutaj znowu pojawił się problem, bo wszystkie wędliny na sklepowych półkach zawierały mleko a panie w sklepach mięsnych rozkładały ręce nie dając mi 100% pewności. Zmotywowana, obudziłam w sobie zdolności kucharza i postanowiłam, że sama sobie  wędlinę zrobię. Tak jak pomyślałam, tak zrobiłam. Upiekłam pierś z kurczaka w ziołach nadziewaną morelami i wiecie co wyszła pyszna. Potem spróbowałam pomieszać mięso mielone z kurczaka z żurawiną, uformowałam bryłkę, owinęłam ją folią aluminiową i również wstawiłam do pieczenia. Kolejny strzał w dziesiątkę. Byłam z siebie dumna jakbym przyswoiła zdolności Pani Gessler. W międzyczasie ciągle szukałam czegoś innego bez mleka i jak...no i mnie olśniło. Przecież istnieją produkty wegańskie. Czemu ja od razu na to nie wpadłam? Mało tego okazuje się, że jest ich całkiem sporo. W Lidlu znalazłam ser, mleko owiane, ryżowe, pasty warzywne, a nawet lody! Mój świat nabrał kolorów, dosłownie!

Pierwsza prowokacja, niestety nieudana...nie przeszło ani mleko, ani jajko. Ale podpowiadam, jeśli wy chcecie przeprowadzić taką prowokacje spróbujcie osobno białk ai osobno żółtka jajka, ja popełniłam błąd i spróbowałam razem. Mały ponownie dostał uczulenie na główce i twarzy, zaczął się prężyć a ja stwierdziłam, że dopóki karmie w życiu już nie spróbuje produktów zawierających mleko i jajka, żeby Staś nie cierpiał...ale oczywiście wiedziałam, że prędzej czy później nastąpi kolejna próba. No i nastąpiła, ale dopiero po 4 miesiącach i to przez pomyłkę. Zrobiłam sobie z Oliwką tosty na śniadanie, ja oczywiście miałam wersje z wegańskim serem. Zaczęłyśmy jeść, luźno sobie gadałyśmy i coś tak mi nie pasowało w moim toście. Okazało się, że pomyliłam się i sama jem wersje z prawdziwym żółtym serem. Na początku panika...bo co ja najlepszego zrobiłam? Ale potem stwierdziłam, że stało się to co może niepotrzebnie odwlekałam i uwaga...minął dzień, dwa, trzy... Staś nie ma żadnych objawów. Poszłam za ciosem i znów spróbowałam żółtego sera, potem innych produktów mlecznych i okazało się, że udało się, przeszło samo. Jestem uratowana i szczęśliwa. Byłam na diecie eliminacyjnej 4 miesiące i myślę, że całkiem nieźle sobie poradziłam. Wiem, że niestety nie wszystkie z Was mają takie szczeście a maluszki zdecydowanie dłużej zmagają się z nietolarancją laktozy, skazą białkową, alergią na bmk i innymi podobnymi objawami. Nie przejmujcie się! Pamiętajcie, że po burzy wychodzi słońce a w internecie jest mnóstwo przydatnych rad, które na pewno Wam pomogą. Zajrzyjcie na facebookową grupę-Mama karmiąca na diecie eliminacyjnej, tam mamusie zawsze służą pomocą. Bądźcie w kontakcie z pediatrą, a jeśli trzeba z alergologiem. Przetrwacie to a potem będziecie tylko wspominać. Na koniec posta, a jednocześnie na deser dodaje przepis na pyszną szarlotkę bez mleka i jaj. 

SZARLOTKA BEZ MLEKA I JAJ

500 g mąki pszennej
1/2 szklanki cukru (w sumie to wedle uznania)
1/2 szklanki wody
1/2 szklanki oleju
2 łyżeczki proszku do pieczenia (ja czasem sypałam więcej)
1 cukier waniliowy
6 jabłek startych na tarce (lub więcej, jeśli tylko chcecie).
Przygotowanie jest banalnie proste. Wszystkie składniki należy połączyć, ciasto rozwałkować, przygotować tortownice. Rozłożyć w niej ciasto a na nim starte jabłka. Jeśli zostało Wam ciasto, możecie przykryć to co udało Wam się do tej pory zrobić ale niekoniecznie. Piekarnik nastawcie na 200 stopni w trybie góra dół i pieczcie ciasto około 45 minut. Na koniec całość sypałam cukrem pudrem.




1 komentarzy

  1. Jakbym czytała o sobie... Tylko ja jeszcze cały czas na diecie (bez mleka i glutemu) ...

    OdpowiedzUsuń

Snapchat

Snapchat

facebook